Śpiewaczka, inżynier i monarchowie. Smakołyki, których nie mielibyśmy bez tych osób

Dawno nie było lżejszej tematyki, dlatego dzisiaj łyżki w dłoń! Wybierzemy się do kuchni.

Tablica w pizzerii Brandi upamiętniająca setną rocznicę powstania receptury pizzy margherita

Dar ziemi włoskiej

Gdziekolwiek zamówimy pizzę margheritę, otrzymamy placek z sosem pomidorowym (warto wiedzieć, że tego typu pizzę spożywano w Neapolu już w pierwszej połowie XVIII w.) oprószony mozarellą, jeśli zaś restauracja dobrze zna korzenie tego dania, to również ze świeżymi listkami bazylii. Kolory na marghericie są bardzo ważne – mają naśladować włoską flagę.

Wielu monarchów upamiętniono za pomocą potraw – chcąc się im podlizać, konwencjonalnie ich uhonorować, wybić na ich popularności czy po prostu zainteresować przepisem szerszy ogół (tak zrobiły karierę ciastka napoleonki, które są prawdopodobnie znacznie starsze od Bonapartego, a ich nazwa to zniekształcone odniesienie do Neapolu). Niewielu z nich jednak mogło poszczycić się taką popularnością u swego ludu, jak królowa Włoch Małgorzata Sabaudzka (Margherita di Savoia), żona Humberta (Umberto) I.

Continue reading „Śpiewaczka, inżynier i monarchowie. Smakołyki, których nie mielibyśmy bez tych osób”

Reklamy

Jak być wzorowym wikingiem (w teorii i w praktyce), czyli ciocia Odyn radzi. Wikingowie wobec przyrody i świata

Tekst jest trzecią (i ostatnią) częścią serii o kulturze skandynawskiej w świecie Eddy starszej. Poruszam tu m. in. tematy jedzenia, rzemiosła, żeglugi, zwierząt oraz tego, jak wikingowie pojmowali piękno i brzydotę. Nie zabraknie (jak zwykle) nawiązań do Tolkiena.

Jeżeli trafiasz na mojego bloga po raz pierwszy z linku do tej notki, to przed lekturą zachęcam do zapoznania się z wprowadzeniem, w którym szczegółowo tłumaczę się z tego, dlaczego ten tekst jest taki, a nie inny (ani zupełnie luźny i bez przypisów, ani prawdziwie naukowy). Wprowadzenie omawia też podstawowe pojęcia związane z wikingami (takie jak ród lub hird), którym nie poświęcam już tutaj tak wiele miejsca.

Jeżeli natomiast Czytelnik wolałby poczytać część drugą – pełną bitew, kobiet i wikińskich domostw – to służę Mu oczywiście pomocą.

Nie przedłużając, życzę miłej zabawy!

Przepiękny krajobraz Lofotów wiosną sprzed 135 lat. Surowe, całkowicie uzależnione od połowów dorsza życie tych wysp - za czasów Normanów niezależnego terytorium, obecnie w posiadaniu Norwegii - niewiele zmieniło się między XIV a XIX w.
Przepiękny krajobraz Lofotów sprzed 135 lat. Surowe, całkowicie uzależnione od połowów dorsza życie tych wysp – za czasów Normanów niezależnego terytorium, obecnie w posiadaniu Norwegii – niewiele zmieniło się między XIV a XIX wiekiem

1. JEDZ  ŚNIADANIE!!!

Dzień w Skandynawii bywa krótki, aura zmienna, a zimą słońce przez pewien czas w ogóle nie wschodzi, starano się więc wykorzystać każdą godzinę i znajdywać zalety każdej z pór dnia i roku [Hav I, 81]. Nie było pogód dobrych i złych – wszystkie były światu potrzebne i każda miała swoje mitologiczne uzasadnienie (przykładowo brak burz zimą tłumaczono tym, że Thorowi, bogowi piorunów, skradziono jego młot [s. 125]; co ciekawe, z piorunami mógł być kojarzony również Odyn – wymieniając swoje przydomki, powiada, iż Thundrem byłem w swoim czasie [Grim 54]). Każda czynność wymagała innych warunków, każdy przedmiot powinien być wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem [Hav I, 82]. Ten rys pokory wobec natury znajdziemy także w mentalności dzisiejszych Skandynawów.

Wcześnie kładziono się spać [Hav I, 19], a nocą starano się nie rozmyślać, by nie być nazajutrz zmęczonym – uważano zresztą, że takie myśli do niczego nie prowadzą [Hav I, 23]. W nocy nie należało podnosić się z posłania, chyba że na przeszpiegi, albo do wychodka [Hav IV, 111] – poza zwykłą obawą przed skrytobójczym mordem lękano się złych duchów aktywnych nocą [s. 40]. Okres stopniowego ubywania księżyca aż do nowiu nazywano Nidem [s. 13] – im większa była ciemność, tym bardziej upiorne z nią skojarzenia. Najgorszych było dwanaście nocy Jol [s. 206] (przesilenia zimowego, hucznie obchodzonego w całej pogańskiej Europie święta, w krajach anglosaskich nazywanego Yuletide – jego pozostałością jest nasza Wigilia) – starano się wtedy nie podróżować ani w ogóle nie wychodzić z domu, nawet za dnia, by uchronić się przed atakiem demonów i propozycjami wiedźm [Hel H]. Dni tygodnia określano imionami bogów – można to prześledzić we wszystkich językach germańskich, również w angielskim – choć nie wyróżniano soboty i niedzieli.

Rano należało wstać skoro świt [Hav I, 58-9], również po to, by uniknąć napaści w łóżku, i jak najszybciej zjeść śniadanie. Powinno być ono obfite [Hav I, 33], a przynajmniej miało tak być wtedy, gdy jadło się je u siebie w domu (ta sama strofa potępia łapczywość w domu przyjaciół). Każda wyprawa wymagała najedzenia się przed drogą [Hav IV, 115]. A zwracać się było najlepiej w kierunku wschodnim – ta strona świata uchodziła za szczęśliwą [s. 258], a wręcz leczniczą (do wyzwolenia się od niektórych chorób niezbędne było wikingom igliwie drzewa chylącego gałęzie na wschód [Sigrdr  10]).

Continue reading „Jak być wzorowym wikingiem (w teorii i w praktyce), czyli ciocia Odyn radzi. Wikingowie wobec przyrody i świata”

Jak być wzorowym wikingiem (w teorii i w praktyce), czyli ciocia Odyn radzi. Dżentelmen i dama w salonie i w boju

Tekst jest drugą częścią serii o kulturze skandynawskiej w świecie Eddy starszej. Poruszam tu m. in. temat jarlów (a w szczególności budowanie własnego wizerunku przez tę warstwę społeczną) i ich wojen, drobiazgowo opowiadam też o wikińskich kobietach, a potem o staronordyckich domach (ich wyglądzie, wyposażeniu i o tym, co czekało gościa, który je odwiedzał). Ostatnie akapity pierwszego podrozdziału opisują wikińską niewolę oraz stosowane ówcześnie tortury. Jeżeli masz miękkie serce, przejdź od razu do kolejnego podrozdziału (zaczyna się miłym, kolorowym obrazkiem Iduny) i nie czytaj ich, proszę. O fragmentach tych ostrzegę Cię jeszcze tuż przed nimi.

Jeżeli trafiasz na mojego bloga po raz pierwszy z linku do tej notki, to przed lekturą zachęcam Cię do zapoznania się z wprowadzeniem, w którym szczegółowo spowiadam się z tego, dlaczego ten tekst jest taki, a nie inny (ani zupełnie luźny i bez przypisów, ani prawdziwie naukowy). Wprowadzenie omawia też podstawowe pojęcia związane z wikingami (takie jak ród lub hird), którym nie poświęcam już tutaj tak wiele miejsca.

Jeśli Czytelnik woli od razu przeskoczyć do innych tematów – takich jak drakkary, ubrania, jedzenie i zwierzątka – to służę mu oczywiście pomocą.

Nie przedłużając, życzę miłej zabawy!

Bitwa pod Stamford Bridge (25 IX 1066 r.), która zakończyła wielowiekową podległość Wysp Brytyjskich wobec Normanów i otworzyła Anglosasom drogę do ich ostatecznego opanowania
Bitwa pod Stamford Bridge (25 IX 1066 r.), która zakończyła przedostatni z najazdów wikińskich na Anglię. Zwycięstwo otworzyło Anglosasom drogę do wypchnięcia najeźdźców norweskich (a stopniowo także do zastąpienia swoim ich osadnictwa na Wyspach Brytyjskich), jednak nie do uniezależnienia się od Normanów w ogólności – ich francuscy potomkowie z Normandii dowodzeni przez Wilhelma Zdobywcę już w październiku zdobędą władzę na kolejnych sto lat, potem zaś ród Wilhelma zapoczątkuje dynastię Plantagenetów, rządzącą Anglią niemal do czasów nowożytnych

1. Dopóki walczysz, jesteś… szlachcicem

Walka stanowiła główne zajęcie wyższych warstw społecznych i zarazem postument, na którym budowały one swój pomnik trwalszy niż ze spiżu. Nie mówię tu jedynie o zdobywaniu ziem i skarbów, siłą rzeczy zapewniające człowiekowi bogactwo – uczestnictwo w wojnach i posługiwanie się bronią, służenie władcom czy wejście do ich hirdu już samo w sobie czyniło człowieka panem i na tym elity budowały swoją tożsamość. Jarlowie i ich naczelnicy (w Norwegii nazywani herserami) musieli zachować więc sprawność do późnej starości. Nie wolno było ani na moment porzucać broni i oddalać się od niej [Hav I, 38], czy doprowadzać do sytuacji, w której wrogowie mają przewagę liczebną [Hav I, 73] – w tym kontekście opowieści o zabitych bez broni bohaterach dowodzą zarówno ich olbrzymiego, zawiedzionego zaufania do swoich morderców, jak i ich szalonej głupoty. Nawet świeżo pokonany wróg mógł wstać, dlatego nie wierzono od razu w śmierć powalonego [Hav II, 86] i zapewne czekano na nią w bezpiecznej odległości, by w razie potrzeby go dobić. Należało walczyć rano, kiedy słońce w warunkach polarnych mniej raziło w oczy niż wieczorem [s. 258]. Warto przy tym dodać (nie wchodząc przy tym zbyt głęboko w militarioznawstwo – ani się bowiem na tym nie znam, ani tym nie pasjonuję), że bronią bohaterów Eddy jest częstokroć oszczep, a nie miecz.

Nie znaczy to oczywiście, że wikingowie nie używali innej broni (w muzeach norweskich są jej pokaźne kolekcje) – co więcej, jarlowie sami potrafili wytwarzać ją na swoje potrzeby [Rig 27 i 35]. Mieczom nadawano imiona, co świadczy o osobistym przywiązaniu do nich; istniała mnogość run, którymi magicznie zaprawiano je przed walką – osobne zestawy dla jelca, brzeszczotu i rękojeści [Sigrdr 6]. Brunhildę zdobyto mieczem walońskim – o ile nie jest to przenośnia oznaczająca wojów tego pochodzenia, to mamy dowód na sprowadzanie takiej broni do Skandynawii [Odd 17].

Tarcze miały okrągły kształt i wykonywano je z drewna. Były „przedłużeniem” wojownika i wzajemnie – Edda nazywa często wojów cierniami bitwy albo drzewem tarczy. Niektóre tarcze wykorzystywano nie tylko do obrony, lecz również do wydawania (dzięki ich wklęsłej stronie) specjalnych odgłosów, zagrzewając towarzyszy do boju [Hav VI, 156]. „Śpiew” taki, określany mianem barditus, opisuje Tacyt w Germanii. O tarczę uderzano też czasem łukiem na znak zgody [s. 214].

Broń bywała dla ozdoby wytrawiana jakimś kwasem [Sig 4], a nawet złocona [Atla 4-7], co tłumaczy, dlaczego skaldom nie wydawało się przesadą przedstawiać walkirie w zbrojach ze szczerego złota. Za najlepszych płatnerzy i kowali Fennoskandii uchodzili Finowie [s. 187].

Rogate hełmy z Veksø, Dania
Rogate hełmy z Veksø, Dania

O hełmach z rogami powiem bardzo krótko: nie jest prawdziwe ani dawne wyobrażenie, że wikingowie je nosili (nawet ceremonialnie), ani powtarzana gdzieniegdzie informacja o tym, jakoby w ogóle nie istniały i zostały wymyślone dopiero przez dziewiętnastowiecznych rysowników. Rogate hełmy rzeczywiście znajdowano w wielu miejscach świata, w tym także w Skandynawii – można zobaczyć takie okazy w kopenhaskim Nationalmuseet (widzicie je powyżej). Tyle, że te skandynawskie są znacznie starsze od najstarszych plemion germańskich. Datuje się je najpóźniej na IX-V w. p. n. e. Nie da się stwierdzić, jakie ludy się nimi posługiwały – i nauka wcale nie próbuje zgadywać, ponieważ już dawno temu zarzucono identyfikowanie kultur archeologicznych z grupami etnicznymi znanymi ze źródeł pisanych (obecnie tego typu działania archeologia traktuje jak ciężką herezję i dobrze Wam radzę – nigdy nie mówcie poważnie o Pragermanach czy tym bardziej Prasłowianach w kontekście tak dawnych wieków, to teorie odrzucone jako błędne lata temu). Jedno jest pewne: nie okrywały głów wikingów.

Continue reading „Jak być wzorowym wikingiem (w teorii i w praktyce), czyli ciocia Odyn radzi. Dżentelmen i dama w salonie i w boju”

Jak być wzorowym wikingiem (w teorii i w praktyce), czyli ciocia Odyn radzi. Uchylamy wrota Midgardu [wprowadzenie]

Niniejszy tekst składa się z trzech części i powstał na podstawie pieśni Eddy starszej (poetyckiej) w przekładzie Apolonii Załuskiej-Strömberg wydanej przez Ossolineum w 1986 r. oraz przedmowy i przypisów Tłumaczki do tego dzieła. Nie został – z braku czasu i ochoty – skonfrontowany z najnowszym stanem badań archeologicznych ani większością prac naukowych poświęconych tematowi (z wyjątkiem syntezy mitologii skandynawskiej Słupeckiego), ani też z innymi źródłami (Eddą młodszą czy sagami); może się także roić od błędów rzeczowych powstałych na wskutek mojej błędnej interpretacji przekładu (nie znam bowiem islandzkiego i nie mogę skonfrontować translacji z oryginałem), czy zwykłych błędów wynikających z niewiedzy oraz ignorancji. Przestrzegam więc przed ślepą wiarą w mój autorytet i dosłownym traktowaniem zawartych tu treści. Zapewne dałoby się tego uniknąć, gdybym podeszła do sprawy poważniej i oparła się na wnioskach badaczy – ale nic innego nie daje mi jednak tej przyjemności, którą odczuwam, samodzielnie analizując sobie źródło (nawet jeżeli odkrywam przy tym Amerykę po raz n-ty). Z chęcią podejmę się poprawy ewentualnych błędów.

Aby zachować klarowność wywodu i unikać powtórzeń, piszę: „wikingowie”, „Normanowie”, „Waregowie”, „dawni Skandynawowie”, „w Skandynawii” etc. Ponieważ jednak polegam tylko na pieśniach Eddy i zawartych w niej informacjach oraz wiedzy własnej, należy to tak naprawdę odczytywać jako: „wg autorów Eddy”, „w Eddzie” czy też „w świecie Eddy” i w jej realiach. Szczegóły życia codziennego przemycone na marginesie losów bogów i bohaterów muszą oczywiście w jakiś sposób oddawać rzeczywistość historyczną i na tym założeniu bazuję, ale nie jestem w stanie – jako laik, który tylko studiował historię, a przy tym nie pasjonował się nigdy militariami ani żeglarstwem – stwierdzić z całą pewnością, czy podawane przeze mnie przykłady są dobrymi ilustracjami postawionych tu tez, czy też udało mi się wziąć za prawdę realia bajeczne, lub też obraz zniekształcony przez przepisywaczy, próbujących prostować nawarstwione anachronizmy zgodnie ze swoją wiedzą i wyobrażeniem (większość cytowanych pieśni spisano w X lub XI wieku, choć powstały kilkaset lat wcześniej i są owocem pracy wielu autorów). Nie dokonałam także profesjonalnej krytyki źródła, jakim jest Edda, nie mam bowiem niezbędnej wiedzy filologicznej (i wszelkiej innej – dwa semestry NPH nie uczą zbyt wiele). Zakładam również, że Czytelnik posiada podstawowe wiadomości na temat wierzeń Skandynawów, nie ma tu bowiem dość miejsca, by dawać zarys staronordyckiej kosmologii z Yggdrasilem i dziewiątką światów ani objaśniać panteon bogów i ich genealogię.

Odwołując się do tekstów, dla uproszczenia podaję w kwadratowym nawiasie numer strofy (na podstawie wydania Ossolineum) oraz oczywiście samą pieśń, posługując się skrótem (ich dokładny wykaz znajduje się na końcu każdej z części): [Hav II, 56] = 56 strofa zawarta w drugiej spośród Pieśni Najwyższego (Hávamál). Nie wyodrębniam wersów (również w zapisie), bo strofy i tak są krótkie. W przypadku, gdy interesująca nas informacja zawarta jest we wstawce prozatorskiej (którymi kopiści uzupełniali braki w zapomnianych już częściach liryki), oznaczam ją kolejnymi literami łacińskimi: [Grim B] = druga i zarazem ostatnia wstawka prozą w Pieśni Grimnira (Grímnismál), po strofie 54. Jeśli dany utwór Eddy to po prostu kawałek prozy, podaję tylko tytuł. Nie uwzględniam akapitów (wstawki prozatorskie rzadko przekraczają stronę tekstu). Pozwala to sprawdzać moje opracowanie posiadaczom innych wydań czy skonfrontować je z kopiami internetowymi. Cytując czy parafrazując Załuską-Strömberg, nie mogę oczywiście oderwać się od wydania, jakie mam, podaję więc po prostu numery stron wg niego: [s. 54] = strona 54; [XIX] = 19 strona wstępu. Jeżeli ta sama informacja zawarta jest wielokrotnie w różnych fragmentach i u różnych autorów, to zwykle ograniczam odnośniki do trzech albo nawet z nich rezygnuję. Jeśli wzmianka dotyczy tej samej sprawy (oraz dokładnie tych samych bohaterów i zdarzeń lub ich ścisłych odpowiedników), ale jest obecna w różnych tekstach, to mimo wszystko je podaję, by Czytelnik mógł śledzić, jeśli ma ochotę, różne warianty tego samego motywu.

Na koniec pragnę pozdrowić moich znajomych asatryjczyków (którzy rekonstruując swoją religię posługują się Eddą na co dzień i dla których jest ona księgą ważną) i prosić ich o wyrozumiałość dla tego tekstu, zarówno na poziomie merytorycznym, jak i językowym. Jesteście wspaniałymi ludźmi z dużym dystansem do siebie i swojej działalności, mam więc nadzieję, że udało mi się nie urazić nigdzie Waszych uczuć.

Samotny Wareg na pustkowiach Rusi w romantycznej wizji Wiktora Wasniecowa
Samotny Wareg na pustkowiach Rusi w neoromantycznej wizji Wiktora Wasniecowa

Wikingowie zajmują w moim sercu – oddanemu Skandynawii prawie bez reszty – specjalne miejsce i nie wiem nawet, czy bardziej pociąga mnie poznawanie ich takimi, jacy byli, czy wyobrażeń na ich temat. Postrach prawie całej cywilizowanej Europy, założyciele kilku dynastii (włącznie z Rurykowiczami), władcy Wysp Brytyjskich, Islandii i Grenlandii, odkrywcy Ameryki, mit leżący u podstaw tetralogii Wagnera czy ideologii takich jak gotyzm (a z czasem kamień węgielny skandynawskiego nacjonalizmu i woda na młyn teorii nazistowskich), sprowadzeni w masowej wyobraźni do parających się piractwem pijaków w rogatych lub – ostatnio coraz częściej – gładkich hełmach. Ale i oni sami kreowali na swój temat mile łechcącą legendę i starali się – zapewne – wychowywać w jej duchu synów. Tak jak późne średniowiecze miało swój literacki i moralny ideał rycerza, poza którym nie wyobrażano sobie edukacji syna królewskiego, tak i życie na mroźnej, surowej Północy wykształciło modele postępowania w różnych sytuacjach dostosowane do miejscowych warunków i mentalności mieszkańców.

Tak się składa, że jesteśmy w posiadaniu dwóch obszernych „dekalogów” wikingów – Pieśni Najwyższego (Hávamál) oraz rad walkirii udzielanych bohaterowi Sigurdowi w Pieśni o Sigrdrifie (Sigrdrífumál). Dają nam one wyrazisty obraz tego, jak dawni Skandynawowie wyobrażali sobie idealnego człowieka, jego miejsce w świecie i normy etyczne, którymi powinien się w życiu kierować. Szczęśliwie mamy też pozostałe pieśni Eddy, których bohaterowie z jednej strony potwierdzają podejmowanie prób sprostania tym wymaganiom, a z drugiej pozwalają nam podpatrzeć, jak bardzo im to często nie wychodziło.

Zwłaszcza Hávamál jest interesująca. To dosłownie i niemal w całości „ciocia Odyn ci powie”, zbiór lifehacków i przestróg zwieńczony delikatnie samokrytycznymi wyznaniami o romansie z olbrzymką oraz peanem na cześć własnej mądrości, w którym Najwyższy chwali się, co potrafi zrobić za pomocą magii runicznej (ale której nam, maluczkim, wcale nie zamierza zdradzić – jest to sztuka dostępna osobom wybranym przez niego samego [Hav I, 78]): leczy wszelkie choroby, ożywia wisielca by z nim rozmawiać, naznacza wybrańca tak, że jest on nieśmiertelny w boju, ucisza burzę, gasi ogień oraz spory i tak dalej [Hav VI, 146-164].

Brzmi to imponująco i mało realnie, ale „przykazania Odyna” zaczynają się bardzo konkretnie i prozaicznie – pierwszą, a zarazem chyba najważniejszą zasadą przetrwania na Północy jest…

1. Ostrożność, ostrożność i jeszcze raz ostrożność

Wyjścia wszystkie, zanim się wejdzie, trzeba obejrzeć, trzeba zbadać, bo nie wiadomo, gdzie wrogowie siedzą w świetlicy.

[Hav I, 1]

Nieufność jest na kartach Eddy cnotą powszechnie gloryfikowaną – do tego stopnia, że jej autorzy pozostawili nam całą listę rzeczy, którym ufać nigdy nie należy (należą do nich m.in. złamany łuk i miecz, ogień, drzewo wyrwane z korzeniami, przybierające i odpływające morze, kipiący kocioł, lecąca strzała, „lód jednej nocy”, „bajki dziewki w łóżku”, dom spalony do połowy, krnąbrny niewolnik, królewskie dziecko – z nieznanej przyczyny, oraz cała rzesza zwierząt [Hav II, 84-88]). Każdego starano się sprawdzić, nie ufano dobrym intencjom tego, który się uśmiecha [Hav I, 25]. Zewsząd spodziewano się skrytobójczego ciosu [Hav I, 73]. Zwłaszcza na polu bitwy musiał być człowiek uważny i mieć oczy dookoła głowy [Hav IV, 128]. Nie mógł być jednak paranoikiem, zbytek ostrożności był równie szkodliwy co jej brak [Hav IV, 130].

Nie dziwi to wcale, gdy uświadomimy sobie, jak skrajnie zależni od kaprysów przyrody (morza, wulkanów, surowych zim, powodzi, nieurodzajów, dzikich zwierząt leśnych, chorób, na które prawie nie znano lekarstw) oraz siebie nawzajem byli Skandynawowie.

Continue reading „Jak być wzorowym wikingiem (w teorii i w praktyce), czyli ciocia Odyn radzi. Uchylamy wrota Midgardu [wprowadzenie]”

Filmy, które prędzej czy później pokazałabym każdemu [1/2]

Dziś mamy niemy czwartek, a ja mam dużo wolnego czasu, czuję więc nieodpartą ochotę porozmawiania o filmach. Ale tak inaczej niż zwykle. Nie o niemych. O filmach w ogólności. 

Zainspirowała mnie do tego stara, ale nadal wartościowa notka Zwierza Popkulturalnego. Rzucono w niej pomysł tworzenia takich właśnie niezobowiązujących list filmów – nie najwybitniejszych, nie swoich ulubionych, ale właśnie takich, które chciałoby się osobiście, bez wywyższania się i dowodzenia, że kto tego jeszcze nie widział, ten trąba, każdemu z wielu względów polecić. I dobrze, że na tę notkę natrafiłam, bo dawno nosiłam się z zamiarem stworzenia takiej listy, a co najmniej kilka pozycji, które planowałam nań wciągnąć, pokrywało się ze Zwierzowymi (chociażby Fight Club czy Fanny i Aleksander – w ogóle mój ulubiony film Bergmana i jeden z nielicznych, które (chyba) zrozumiałam – choć gdybym miała wytypować spośród jego dzieł najłatwiejsze w odbiorze dla szerokiej publiczności, to byłaby to chyba Twarz. Perypetie milczącego rodzeństwa pośród pustych białych ścian nawet mi się dłużyły za pierwszym razem).

Ponieważ zaś nie lubię tworzyć dziesiątek (a co najwyżej dziewiątki), a zestawiam wszystko zawsze dziwacznie, tak i tę notkę postanowiłam  posegregować na kategorie. I tak w tej notce polecę Wam coś niemego (no bo ostatecznie mamy czwartek!), coś animowanegocoś widowiskowego oraz coś polskiego. I na tym urwę, ponieważ za półtorej godziny mam pociąg na drugi koniec Polski, a nawet się nie spakowałam (z tego samego powodu przepraszam za błędy i literówki – wzięłam się za tę notkę jak zawsze nie w porę).

W przyszłym tygodniu dziewiątka zostanie dokończona czymś zabawnym, czymś słodko-gorzkim i czymś kostiumowym. Nie zabraknie też czegoś, po czym nic już nie jest takie samo ani czegoś zgoła niemożliwego. Nic więcej nie zdradzę. Zaczynamy!

Aż słyszę Kombinat Republiki

Coś niemego: Metropolis (1927), reż. Fritz Lang

Z licznych powodów bardzo nieliczne filmy nieme dają się polecić ludziom, którzy nigdy nic podobnego nie oglądali i wcale ich do tego nie ciągnie. Nie ryzykowałabym rozbijania utartych uprzedzeń żadnym spośród ogranych arcydzieł Chaplina, moim ukochanym Furmanem Śmierci ani tym bardziej poczciwym Nosferatu (od którego nie wiadomo czemu wciąż oczekuje się przerażania – a on, biedaczek, już tym oczekiwaniom sprostać nie jest w stanie…). Właściwie tylko dwa mogłabym pokazać prawie każdemu: Młodego Sherlocka Holmesa Bustera Keatona (film ten poza tytułem nie ma nic wspólnego z Sherlockiem Holmesem – ale za to jest tak udaną komedią, że jeszcze w 2014 we Wrocławiu ludzie ryczeli ze śmiechu na jego publicznym pokazie) i właśnie Metropolis.

Continue reading „Filmy, które prędzej czy później pokazałabym każdemu [1/2]”

O pułapkach propagandy wizualnej słów kilka

Na pewno słyszeliście o dyskusjach w sprawie odzieży patriotycznej w szkołach. Nauczyciele zabraniają, gimnazjaliści się buntują, jedni podnoszą głos, że w naszym polskojęzycznym kondominacie pod wiadomym zarządem powierniczym odmawia się dzieciom manifestowania swojego patriotyzmu, drudzy zacierają zaś ręce, że „polskich Ubermenschów” znowu pognębiono. Producenci koszulek i breloków tłumaczą się prowadzeniem za pośrednictwem swoich produktów edukacji historycznej. Niektórzy temu tłumaczeniu przyklaskują, inni mocno powątpiewają, zaś wkurzeni tym wszystkim uczniowie wyładowują swoją frustrację w grach internetowych, zakładając dziesiątki klanów o koszmarnie pretensjonalnych nazwach (rodzaju 1944-Pamiętamy czy Batalion Husarii Pancernej im. Żołnierzy Wyklętych).

Miałam dziś zacząć dla Was nowy cykl pod roboczym tytułem „zanurzmy się w Austro-Węgrzech”. Miałby on oczywiście opowiadać o tym, co tygrysy (a przynajmniej to jedno piszące lwiątko, które narzuca Wam tutaj uparcie swoje gusta) lubią najbardziej, czyli o życiu codziennym w tym państwie – zarówno od strony kuchenno-ulicznej, jak i pałacowo-świątecznej. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. Ja zbiorę więcej materiałów, a Wy dostaniecie być może nieco ciekawszy tekst. A dzisiaj trochę się pobawimy.

Nie zamierzam narzucać Wam swojego stanowiska w sporze o biało-czerwone tkaniny, ani nawet go bezpośrednio zdradzać. Ale na marginesie tego wszystkiego postanowiłam pogadać z Wami o propagandzie. Szczególnie tej wizualnej – jest wdzięczniejsza, ciekawsza i zdecydowanie częściej spotykana od literatury propagandowej. Będzie dużo obrazków (of course!) ze szczyptą mało profesjonalnej analizy bez sztywnej chronologii czy ram terytorialnych i bez streszczania Wam historii tego wynalazku – nie stanowi to wcale o istocie sprawy, a ja nie mam nawet ochoty tego robić (może innym razem).

Zaczniemy sobie od przykładów oczywistych i chyba bezpiecznych…

Bohaterski Ramzes II pod Kadesz – jeden z najstarszych zabytków propagandy w dziejach. Historycy nie wiedzą prawie nic pewnego o tej bitwie, poza tym oczywiście że miała miejsce, a faraon uznał za stosowne pochwalić się nią jako swoim zwycięstwem

Większość z nas kojarzy propagandę z kłamstwem. Nie jest to mniemanie bezpodstawne, ale nie jest też wcale bezpieczne i równoznaczne.

Po pierwsze, propaganda tworzona tu i teraz jest zazwyczaj obiektywnie nieocenialna – możemy mieć na jej temat jedynie subiektywną opinię, która będzie przez przyszłych historyków uznana za słuszną albo nie (nie bez powodu powtarza się tak często, że to zwycięzcy piszą historię – a na pewno wpływają na jej odbiór).

Po drugie, nic nie daje nam pewności, że i oni nie popełnią błędów i skrótów myślowych – takich będziemy mieć historyków, jakich sobie wychowamy, a polityka historyczna z niczym niestety nie chodzi w tak zgodnej parze, jak z edukacją szkolną. Na nieszczęście dociekanie prawdy historycznej nie ma wiele wspólnego z tym, czym jest tak chętnie zastępowane – tasowaniem co parę dekad kart z postaciami i przerzucaniem tych ludzi, którzy dotąd byli lansowani na bohaterów, na kupkę zdrajców i wrogów (i to wszystko jedynie po to, by przy kolejnym rozdaniu zrobić to samo na odwrót). Nie pomaga sama specyfika historii jako nauki silącej się na trzeźwe osądy i ocenę sytuacji z jak największej liczby punktów widzenia, ale skazanej na rekonstruowanie faktów z ograniczonej liczby przesłanek i w związku z tym zachowawczej w ferowaniu „obiektywnych” i „pewnych” wyroków. A to przecież nie pociąga. Laik chce czarno na białym: co jest prawdą, a co bajką. Kiedy po raz dziesiąty dowiaduje się, jaka była możliwa data chrztu Polski, kto tam w niej wtedy mieszkał i w co wcześniej wierzono, odrzuca opinie fachowców i zaczyna szkalować środowiska naukowe jako bandę niekompetentnych durniów, w dodatku błądzących po omacku. Przecież wszystkie ich wątpliwości, co do daty dziennej i koloru sukni, rozwiewają Kadłubek z Prokoszem, Persowie i Księga Welesa. Sam czytał. A kronikom można przecież zaufać, skoro sami historycy to robią, prawda?

Po trzecie wreszcie, propaganda to raczej urabianie prawdy tak, by mieściła się w pożądanej formie, aniżeli jej całkowite zaprzeczanie. Wpychamy sobie prawdę do gara, obcinamy wszystko co wystaje, a tam gdzie czegoś zabrakło, podlewamy sosem do smaku. Dusimy ją pod pokrywką na wolnym ogniu, aż będzie odpowiadała podniebieniu odbiorcy i naszym intencjom. Prawda wyjdzie z tego zmaltretowana i często nie przypomina już potem samej siebie, ale bądź co bądź pozostaje prawdą, nawet jeżeli jej wymiar jest już niewielki.

Co niby jest prawdziwego w tym obrazku? Choćby nastroje, jakie musiał budzić w tych fanatykach, a które tak dobrze tu sportretowano

Continue reading „O pułapkach propagandy wizualnej słów kilka”

[PRIMA APRILIS] Dziewięć ciekawych polskich aktorek przedwojennych, o których nigdy nie słyszeliście

Obok znanych wszystkim szeroko Żabczyńskiego, Bodo i Dymszy polskie kino międzywojenne obfitowało w utalentowane kobiety. Ludzie zabiegali o autografy Jadwigi Smosarskiej, wycinali z gazet portrety Iny Benity, zaczytywali się w wywiadach z Hanką Ordonówną, słuchali Mieczysławy Ćwiklińskiej… Barwny korowód polskich aktorek zaczynał się na delikatnej Helenie Grossównie, a kończył na Leokadii Pancewiczowej, której nie wahano się powierzyć roli przysadzistej i groźnej królowej Bony. Ale są takie, o których istnieniu – pomimo ich urody i talentu – mogliście do tej pory w ogóle nie wiedzieć. Zapomniane, zlekceważone, sprowadzone do roli statystek przy wielkich, lansowanych gwiazdach… Lub nawet celowo wyklęte. Oto moja subiektywna lista dziewięciu ciekawych przedwojennych aktorek polskich, o których nigdy (zapewne) nie słyszeliście.

dziedziczka

Izabella Kalewska (1894-1970)

Przyszła na świat w rodzinie chłopskiej jako Marzena Rysiówna (jej ojciec, Władysław Ryś, był parobkiem w majątku Wagnerów w Solecznikach). Nic by jej pewnie nie wydobyło ze wsi, gdyby miejscowy proboszcz nie zainteresował się jej pięknym głosem. Za jego namową (i szczodrą pomocą materialną) rodzice posłali dziewczynkę na naukę do Wilna. Z czasem wylądowała w operze wileńskiej, gdzie debiutowała w roli Brangany w Tristanie i Izoldzie (1915). Jej niebywały sukces przyćmił dotychczasową diwę tej placówki, Annę Farolównę, grającą oczywiście rolę Izoldy. Od tamtej pory przyjęła pseudonim artystyczny Izabelli Kalewskiej i stale grywała główne (lub co najmniej drugoplanowe) role. Jednak jej wybujałe ambicje i wybuchowy temperament powodowały stale kłótnie z dyrekcją. Po buncie Żeligowskiego grywała coraz rzadziej.

Continue reading „[PRIMA APRILIS] Dziewięć ciekawych polskich aktorek przedwojennych, o których nigdy nie słyszeliście”